wtorek, 15 listopada 2016

Daylight's End (2016) - recenzja

W skrócie. To taki Mad Max w świecie opanowanym przez stwory będące czymś pomiędzy zombie a wampirami. Na tych słowach w zasadzie można by skończyć opis filmu. Nic dodać, nic ująć. Do you want to know more? (Cytat z innego filmu, ale niech będzie!)

 
Mamy zatem naszego głównego bohatera...

 

...twardziela targanego wspomnieniami i chęcią zemsty. Mamy kanoniczną wręcz społeczność walczącą o przetrwanie w tym złym świecie. 


Mamy piękną (mimo niedoboru środków do makijażu) dziewczynę...


Mamy także dosyć przewidywalny scenariusz i dość typowy dla Mad Maksa finał, gdzie główny "hero" robi porządek, może i wymienia iskrzące spojrzenie z główną bohaterką, ale do "konsumpcji" tej relacji nie dochodzi, bo nasz bohater czym prędzej odjeżdża ku blaskowi zachodzącego słońca w poszukiwaniu dalszej zemsty.


Czy za bardzo spojleruję... o kurczę... nie, w ogóle... nic a nic! Jeśli jesteś wystarczająco inteligentny/a by umieć kliknąć przycisk "czytaj więcej" w tej recenzji, to na pewno jesteś wystarczająco inteligentny/a by domyślić się finału historii.

Czy skoro wszystko jest tak ładnie poukładane, kanoniczne dla gatunku i przewidywalne warto w ogóle tracić czas na oglądanie? Jak najbardziej tak! Klasyczne kino i rozrywka, której nie pożałujesz, a w roli przywódcy tych złych - nasz rodak - znany zawodnik MMA.  Oglądnij koniecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz